Miesiąc miodowy jak sama nazwa wskazuje to MIESIĄC, dlatego też jedziemy na miesiąc, albo i dłużej, w Alpy na naszych rumakach...
RSS
sobota, 23 lipca 2011

Środowy filmik:

 

 A dziś Marsylia, drugie co do wielkości miasto we Francji. Dość ciężkie do przejazdu motocyklem. Z dużą ilością samochodów i ogromną ilością wszędobylskich skuterów i motocykli. Te dwókołowe maszyny zasuwają przez ulice wbrew zasadom drogowym i rozsądkowi. Sami Prometeusze pędzący po ogień. Masakra.

W mieście gorąc. Zwiedzać jednak trzeba, więc wyruszamy na oględzimy starego portu, fortu św. Jana oraz bazyliki.

Aby zobaczyć bazylikę, należy wspiąć się na wzgórze. Kondycja nasza zaskakuje nas w połowie i zmusza do odsapnięcia. Zbawienna okazuje się lodowata cocacola, którą poimy się w bardzo klimatycznej kafejce.

Jeszcze kawałek do góry i docieramy na wzgórze.

Bazylika Notre Dame de la Garde - neobizantyjski kościół położony na 162 m wzgórzu La Garde. W przeszłości był punktem sygnałowym dla statków wpływających do portu.

W XIII w. kapilicę poświęcono Maryi w intencji szczęśliwych powrotów marsylskich marynarzy do domów. 

Dzisiejszy kościół powstał w XIX w. w ramach przebudowy i moderniazji Marsylii.

Ze wzgórza widać, jak pięknie położonym i rozległym miastem jest Marsylia.

Wnętrze bazyliki uderza bogactwem.

Jest tego tak dużo, że można dostać oczopląsu: kolorowe marmury, liczne mozaiki i płaskorzeźby oraz dary od wiernych w postaci tablic, obrazów, modeli statków.

Teraz wystarczy tylko zejść na dół, dotrzeć do motocykli, wskoczyć w motocyklowe ciuchy i można pędzić dalej.

Dziś głównie autostradą, do miejscowości Montauroux, gdzie czeka zarezerwowana kwatera i basenik :)

Na szczęście jest porządne Wifi. Można skorzystać ze Skypa i popisać na blogu. 

Planujemy regenerować się tutaj przez kilka dni, by wypoczętym ruszyć w podróż powrotną.

Filmik z Marsylii:

22:46, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »

Pierwszy dzisiejszy przystanek to miasto Colmars, kontrast dla górskich naturalnych widoków, połączenie średniowiecznego zamku i warownego miasteczka otoczonego murem.

Zamek przyjmuje gości w innych godzinach niż ta, w której my jesteśmy chętni go zwiedzać. Cóż, musi wystarczyć rajd dookoła murów.

Opuszczamy miasteczko i jedziemy dalej. Po drodze zaliczamy jeszcze kilka przystanków.

Zatrzymujemy się na przykład przy przydrożnych ruinach. To chyba jakieś dawne zabudowania mieszkalne. Pięknie usytuowane nad rzeką.

Kolejno mijamy urokliwe jeziorko.

A kawałek dalej ogromniastą tamę.

Powoli dojeżdżamy do miejsca, którego tak bardzo byliśmy ciekawi.

Zbliżamy się do Wielkiego Kanionu Verdon, do gór rosnących w dół, postawionych na głowie. Chcemy zobaczyć szczyty, które nie sięgają wysoko ku niebu, ale docierają nawet do 700m w głąb ziemi.

Kanion Verdon to wcięty głęgoko w poziome warstwy skał jar, który powstał na suchych obszarach, gdzie słabe podsiąganie wody doprowadziło do erozji jedynie w głąb, a nie na boki. 

Te niesamowite formy skalne są najpiekniejszym wąwozem w całej europie, unikatem wpisanym na listę UNESCO.

Wjeżdżamy na panoramiczną trasę Routes des Cretes, która prowadzi przez północną część wąwozu. Najwyższy jej punkt to 1405 m. 

Wzdłuż szlaku rozmieszczono liczne punkty widokowe z wygodnymi parkingami. 

Spędzamy tu sporo czasu. Ogarnianie wzrokiem tego niesamowitego wytworu natury nie może trwać chwilki. Tu się chce być; potęga, tego co nas otacza nieźle elektryzuje robiąc ogromne wrażenie. 

Musieliśmy niestety oderwać się od kanionu, aby ruszyć w dalszą drogę.

Postanawiamy odjechać z gór w stronę Lazurowego Wybrzeża. Może uda się zatrzymać gdzieś blisko morza i dopocząć trochę, bo zmęczenie po przejechanych kilometrach po krętych i wymagających górskich drogach, daje się we znaki.

Robimy krótki postój w Saint Maximin, przypadkowym miasteczku. Postanawiamy jednak zostać tu i trochę pospacerować, bo okazuje się bardzo urokliwą mieścinką pełną różnych fontann.

Przy jednej z takich fontann, we francuskiej knajpce jemy włoską kuchnię, którą przygotowuje nam Polka. Było pysznie :)

Czasami bywa tak, że mamy mały problem z noclegiem, bo nie udaje się nic na bieżąco odszikać i internet jakoś nie jest dostępny. Wtedy wykonujemy telefon do przyjaciela :) Ukłony dla Kasi, która znalazła nam super lokum w promocyjnej cenie w miejscowości Brignoles.

Dzięki. Było super klimatycznie.

Hotel- zabytek, urocze miasteczko i piękna bazylika obok.

00:21, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2011

Dramat górski w trzech aktach.

Sceneria i widoki: Górska droga, wąską i kręta o wątpliwej jakości asfalcie, uparcie pnąca się w górę. W koło mało co widać, bo leje jak z cebra, jest mgliście i pochmurnie. Widoczność: mniej niż zero. Chwilami grzmoty i błyskawice.

Bohaterowie: Dwóch motocyklistów walczących o życie na górskiej drodze oraz lokalni mistrzowie kierownicy pokonujący te same ciasne zakręty, co motocykliści, ale w odwrotnym kierunku i z delikatnie mówiąc inną prędkością, tzw, potencjalne wielce prawdopodobne w takich warunkach nasze czołówki.

Akt I: Jazda „na sztywno” z prędkością hulajnogi bez kółek po krętych górskich drogach.

Dorota, co jakiś czas otwarcie przyznaje się do braku ochoty na taką jazdę oraz do lęku przed nią. Stęka, narzeka, biadoli. Zdarza się, że z jej ust popłyną mało poetyckie określenia na ten okrutny świat. Maciek, będąc racjonalniejszą częścią ich związku dzielnie wysłuchuje, uspakaja i tłumaczy, jak jechać, żeby dojechać. To, co gada sobie do kasku, zostanie na wieki zamknietę za szybką.

Akt II: Okazuje się, że nieprzemakalne do tej pory ciuchy straciły swoje magiczne właściwości i niestety robi się mokro w gaciach. Jak się już coś wali, to zazwyczaj na całego… Przynajmniej część uwagi poświęconej do tej pory na beznadzieję drogową można przerzucić na wciekającą w coraz większej ilości mało ciepłą wodę zalewającą część siedzącą podrżónych. Doznania nie do opisania.

Akt III: Bohaterowie przemoczeni i nieźle wymarznięci docierają do jakiegoś miasteczka. Hotel dla zmokłych kur czeka. Widok z okna: ośnieżone czubki gór... Faktycznie długo się z tej góry staczali, ale żeby to już zima ich zastała?... A może czasoprzestrzeń jakoś się zagięła? Hmm. Lato wyjątkowo kiepsko się wywiązuje ze swych pogodowych obowiązków…

Koniec smutnej historii.

Miejmy nadzieję, że ciąg dalszy nie nastąpi.

 

 

Przed wyprawą w nieznane

Widoki po nieszczęsnej przeprawie

Przerwa w deszczu okazją na spacer.

Ognicho na rozgrzewkę i piwko na pocieszenie.

A pokój tonie w mokrych rzeczach.


21:39, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »

Nocowaliśmy dzisiaj w bardzo smętnym i nijakim małym miasteczku St Michele de Maurienne. Wczoraj odbyliśmy nawet wieczorny spacer, aby odszukać jego ciekawe zakamarki, ale takowych jakoś nie znaleźliśmy.

Nie załapaliśmy się na wizytę w tutjszym muzeum aluminium, które choć w prawdzie nie wzbudziło naszego zainteresowania, to jest rozpisane w przewodniku jako miejsce warte odwiedzenia. No cóz, nie wzbogacimy wiedzy z zakresu aluminium, ale nie będziemy specjalnie rozpaczać.

Wylosowaliśmy nocleg w chyba najbardziej ponurym kolorystycznie pokoju, jaki można spobie wyobrazić. W dodatku z okna roztacza się widok na tory kolejowe, a co jakiś cza słychać terkot nadjeżdżającego pociągu, ale i tak trzeba sie cieszyć, że mieliśmy gdzie spać, bo hotel (jeden z dwóch w mieścince) pękał w szwach od rowerzystów.

Zdjęć wspomnianego miasteczka oraz pokoju nie robiliśmy, bo jakoś niekoniecznie mieliśmy chęć na uwiecznienie ich na fotce.

W dzisiejszej trasie dla odmiany było wiele pięknych widoczków, które cieszyły nasze oczy.

Zaczęliśmy wspinaczkę jeszcze w mało sprzyjających warunkach atmosferycznych, ale z minuty na minutę robiło się cieplej i pogodniej.

Zaczęliśmy od przełęczy Telegraphe, przejechaliśmy przez przełęcz Galibieri.

Krótka przera na przekąskę. Nawet krojone scyzorykiem, podawane prosto z papierka i jedzone "w powietrzu" wszystko smakuje bosko w takiej scenerii. No a tym bardziej pyszny francuski ser :)

A teraz wspinaczka na do punktu widokowego (2645 m). Wszystko byłoby zupełnie w porządku gdyby nie:

- niezliczona ilość rowerzystów, z których każdy wyobraża sobie, że bierze udział w Tour de France i pędzi w górę lub w dół. Szkoda tylko, że środkiem wąskiej drogi.

- nieskończona ilość samochodó kempingowych - campery zalegają tak gęsto na poboczach, że zasłaniają prawie każdy widok na to, co za winklem...

-...a za winklem człowieki, które powysypywały się z tychże samochodów i udają, że droga to podłoga w ich salonie, bo urządzają sobie w najlepsze pogawędki, podczas gdy ty walczysz na tych ślepych zawijasach o swoje i ich życie.

A wszystkiemu winien tegoroczny Tour de France, trasa będzie przebiegać tędy za 3 dni. Wszyscy tłumnie na to wydarzenie tu czekają, szkoda tylko, że blokują przejazd.

Widoki jednak zrekompensowały nam te niewygody podróży - otaczają nas szczyty, lekko przysłąniane przez pływające po niebie chmury, co dodaje im jeszcze charakteru. Wśród szczytów Jej Wysokość Le Meije (3983m), zaliczana do grona najbardziej znanych kulminacji alpejskich.

Przeprawa przez przełęcz Galibieri to przejazd przez granicę między strefami klimatycznymi: atlantycką (północna strona Alp) i śródziemnomorską (południowa strona Alp).

Zjeżdżając w dół całkowicie wydostajemy się z chmur i wjeżdżamy w nasłonecznioną krainę Brianconnais.

W drodze do miasta Briancon, zbaczamy na żwirkową drogę, któą dojeżdżamy w urokliwy zakątek. Zaczyna się robić gorąco.

Przejeżdżamy przez Briancon (najwyżej położone miasto Europy, usytuowane na wysokości 1321m), przejeżdżamy przez przełęcz Izoard.

Krajobraz zdecydowanie ulega zmianie. Zielone bogactwo Alp północnych zamieniamy na lekko księżycowy charakter otoczenia.

Casse Deserte i twory powstałe w wyniku procesów wietrzenia skał.

Francja i te jej stare budowle: zameczki, warownie, kościółki czy opactwa porozrzucane tu i tam.

Miasteczko Guillestere z XIII w. kościółkiem.

Kolejne naturalne piękności

A następnie miasto Embrun z katedrą Notre Dame pochodzącą z XII w. Została zbudowana z kamiennych białych i czarnych bloków. Uchodzi za najpieknijeszą w tym regionie. Rzeczywiście robi ogromne wrażenie.

Grzeszny sierściuch w konfesjonale.

Ten kot czuje się tu bardzo zadomowiony. 

A teraz zagadka? Czego brakuje na poniższych obrazkach?

Brakiem kierunkowskazu i ułamaną szybką kończy się historia pod tytułem Jak przewrócić dwa motocykle trzy razy w pięć sekund.Nam udało się to koncertowo.

Wystarczyła nagła chęć zjechania na parking, kiepski zjazd z przechyłem i brak zbitego biegu. A było tak:

Moto Doroty zdławione małą prędkością na 3 biegu gaśnie, gdy kierownica jest w skręcie, pojazd nurkuje i upada, a kierująca wyskakuje jak z katapulty.

Jadący blisko Maciek nie daje rady minąć pokraki, więc hamuje, jego moto również nurkuje. Ponieważ utrzymanie motocykla graniczy z cudem, Maciek siłuje się chwilkę poczym upuszcza swojego rumaka. W zdenerwowaniu niedokładnie go podnosi i stawia na kosię na szybcika, by ratować "wyglebioną" żonkę. Jego moto w tym czasie leci na ziemię po raz drugi. Mistrzostwo :)

A wszystko przez jeziorko, które chcieliśmy zobaczyć.

Zmęczenie nie popłaca. Dziś chyba dostalismy za bardzo w kość. Aby nie popełnić kolejnych błędów, spokojnie podążamy do Barcelonnette na nocleg i regeneracje członków i pomyślunku.

Po drodze piękne widoczki - jezioro Serre Poncon, 20 km olbrzymi sztuczny zbiornik z licznymi cyplami i zatoczkami.

W Barcelonnette drobny problem z noclegiem, jutro festiwal jazzowy i mają komplet. Jakiś pokoik jednak dostaliśmy - z widokiem na scenę, na której trenowały dziś zespoły amatorów. Było więc wieczorem bardzo muzycznie :) 

Humory po małej kraksie dopisują. Wyciągniemy wnioski, nie będziemy się zadręczać i dalej będziemy czerpać frajdę z jazdy.

A to jeszcze nasza szafa :)

Filmik z dnia dzisiejszego

 

18:38, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lipca 2011

Niestety nie przestało padać :( 

I wcale to nie deszcze jest najgorszy w tym wszystkim.

Mamy nieprzemakalne ciuchy, które przywdziewamy, ale nie mamy niestety pod ręką okularów, które przeniknęłyby przez te okropne chmurzyska, które przesłaniają nam te wszystkie piękne widoki.

Wdrapaliśmy się na przełęcz Iseran. Sięga ona do wysokości 2762 m i należy do najwyższych przejezdnych przepraw w Alpach.

Szkoda, że dziś tak mało widać. Panorama z tego miejsca jest podobno urzekająca.

Miejscami jest troszeczkę lepiej, ale i tak tęsknimy za słoneczkiem.

Wystarczy jednak kolejna warstwa chmur i robi się znowu mało przestrzennie i przyjemnie.

Po zechaniu w niższe partie, robimy naradę, co dalej.

A miało być tak pięknie...

A jest tak szaroburo. 

Staramy się jednak zobaczyć to wszystko przez różowe okulary.

Postanawiamy zjechać jeszcze kawałek i przeczekać do jutra.

Prognoza pogody jest obiecująca. Może uda się jutro cosik więcej z tych pięknych widoków zobaczyć.

Dziś to trochę bez sensu przejeżdżać górskimi szlakami i nie mogąc oglądać górskich widoków.

Jeszcze filmik z dziś na dobranoc.

21:54, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5