Miesiąc miodowy jak sama nazwa wskazuje to MIESIĄC, dlatego też jedziemy na miesiąc, albo i dłużej, w Alpy na naszych rumakach...
RSS
niedziela, 17 lipca 2011

Od rana pakowanie, tzn. upychanie wszystkich tych rzeczy, które udało nam się przez tydzień nawyciągać z kufrów. A jest tego troszeczkę (jak ma się do dyspozycji cztery pokaźnej wielkości kufry, to jakoś tak człowiek pakując się przed wyjazdem trochę bezrefleksyjnie różne rzeczy tam wrzuca)

Dzięki temu, że mamy listę, co w którym kufrze ma się znajdować, załadowanie dobytku okazało się bardzo proste i szybkie :)

Jeszcze pożegnanie z naszą przemiłą gospodynią,

Ostatni rzut oka na okolicę, która gościła nas przez tydzień i ruszamy.

Pierwsza atrakcja na dziś to wspinaczka na szczyt Le Bisanne (1939 m).

 

Na górze jest cudnie. Cichutko, spokojnie.

Przynajmniej latem, bo zimą cała okolica zalana jest zapewne przez narciarzy okupujących okoliczne stoki.

Chciałoby się, żeby takie chwile trwały wiecznie; taka zaduma nad majestatem i pięknem gór oraz totalne wyciszenie.

A tu robota czeka! Na koń, bo kolejne widoki przed nami. 

Przejeżdżamy doliną Les Chapieux, by dotrzeć do przełęczy Cormet de Roselend, która położona jest na wysokości 1968 m.

Jeszcze krótki przystanek nad jeziorkiem Roselend, położonym na wysokości 1605 m i wdrapujemy się znowu ciut wyżej.

Po przejechanych 200 km po dość krętych górskich drogach, postanawiamy zakończyć dzisiejszy dzień. W samą porę, gdyż jak tylko zameldowaliśmy się w hotelu, zaczęło padać. Cóż, może do rana deszczowi znudzą się opady.

Nocujemy w miejscowości Val d'Isere - miłośnicy zimowego szaleństwa zapewne znają ten zadziwiający krajobraz 60 wyciągów.

2 w 1 - grzanie zimnych nóżek i uzupełnianie bloga

A to już oczekiwanie na zasłużoną kolację. Pełnia szczęśćia :)

Ponieważ kolacja długo nie nadchodzi, umilmy oczekiwania filmikiem z widoczków dnia dzisiejszego:

 

19:09, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »

Dzisiejszego dnia oddajemy się w ręce samego szatana.

Odbywać się to będzie w przepięknej scenerii, a miejsce to zwane jest Les Gorges du Pont du Diable ( Diabeliski Most).

Pogoda jak dzwon, słoneczko nieźle piecze w tyłeczki owite w motocyklowe ciuszki oraz w biedne stopy załadowane w grube, czarne buciska.

Postanawiamy odbyć kolejne rytualne już przepoczwarzenie się w prawdziwych turystów i przywdziewamy trochę wygodniejsze ciuchy.

Skoro idziemy w odwiedziny do diabła, to wypadałoby zarzucić na siebie cosik bardziej mrocznego. Niestety nic takiego nie znajdujemy w naszych kufrach.Miejmy nadzieję, że nie rozwścieczymy Mrocznego Księcia swoimi kolorowymi fatałaszkami.

Goście idący do diabła pokonują leśną ścieżkę, by następnie za pomocą schodków i platform zejść w dół wąwozu.

 

Strasznie nam się u tego diabła podoba. W dodatku taki tu przyjemny chłodek. Jakoś nie widać buchających ogni piekielnych.

J

Jak widać, nie taki diabeł straszny.

Jeszcze tylko wspinaczka na powierzchnię (zdecydowanie łatwiej było wchodzić) i ruszamy dalej na spotkanie widoczków i winkielków.

We Francji jest podobny problem co u Szwajcarów. Problematyczny brak jedzenia w knajpach w momencie, kiedy żołądek się go domaga.

Radzimy sobie. Dobrze, że chociaż sklepy nie mają przerwy w sprzedawaniu jedzenia :)

A to już końcówka dzisiejszej naszej trasy. Okolice naszej tygodniowej bazy wypadowej.

Na koniec filmik. W roli głównej motocykliści, w większości na Harleyach. Zlot tychże maszyn odbywa się w okolicy, więc sporo ich mijamy.

01:01, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 lipca 2011

Dziś dwóch szpiegów wysłano na zwiad do dwóch budowli obronnych: Zamku Chillon i Zamku Gruyeres.

Zamek Chillon został wybudowany na skalistej wyspie, która stanowiła naturalną ochronę i strategiczny punkt dowodzenia.

Drugi to majestatyczna budowla, która dominuje nad średniowiecznym miastem Gruyeres.

 

Ponieważ szpiedzy mieli idealny kamuflaż (podwójny w dodatku: turysto motocyklista) w Chillon wręczono im mapkę z kierunkiem zwiedzania oraz opisem kolejnych części budowli (wszystko po polsku). 

Myszkowanie po Chillon zaczęli od dziedzińca. 

 

Następnie udaliśmy się pod ziemię, by kolejno zwiedzać piwnicę, skład, więzienie oraz kryptę, pomieszczenia pochodzące z XI – XIII w. 

Potem znowu na powierzchnię, by z kolejnego dziedzińca przejść do sali z oryginalnym sufitem i kolumnami z XIII w., tzw. Jadalnia kasztelana.

Na zamku było wielu innych szpiegów, którzy również udawali turystów.

 

Szpiedzy, ponieważ byli profesjonalistami, musieli zajrzeć wszędzie :)

Jeszcze tylko wieże strażnicza i obronna, baszta oraz droga obchodu straży.

Aż w końcu ktoś się zorientował i pogoniono szpiegów z zamku.

Poszczuto ich nawet smokiem.

Rzucili więc okiem na zamek Chillon ostatni raz i odjechali na swoich rumakach.

Dzielni szpiedzy z obcego państwa nauczyli się w drodze jeszcze jednego, że Szwajcaria to nie jest kraj dla głodnych ludzi.

W brzuchach burczało i chciałoby się zjeść obiadek. Niestety Szwajcarzy mają taki brzydki zwyczaj, że w pewnych godzinach w większości knajp (z reguły od 12:00 do 18:00) nic ciepłego oprócz herbaty się nie dostanie.

Szpiedzy musieli zadowolić się więc kanapkami, ale za to jakimi! Kanapole wielgaśne jedzone nożem i widelcem :)

Drugi cel: zamek i miasteczko Gruyeres – malutkie i bardzo urokliwe.

Najlepszy szalet w mieście :)

Wchodząc na zamek Gruyeres również rozdają broszurki w języku polskim, która zawiera opis poszczególnych pomieszczeń, które skrupulatnie po kolei szpiedzy oblecieli :)

 

Jednemu ze szpiegów udało się wmieszać w tłum :)

Szpiedzy przeszpiegowali wszystkie sale zamkowe.

Nie zapomnieli rzucić okiem na tarasy zamkowe.

Szpiedzy znaleźli też wiele dziwactw zwanych sztuką współczesną.

Niektóre obiekty szpiegom się bardzo podobały.

A żeby zakończyć dzień iście po gruyeresku, szpiedzy fundują sobie fundue z miejscowego sera.

I jeszcze filmiki na deser.

 

22:52, dorotka_i_maciek
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 lipca 2011

Ponieważ dzisiaj lało z grubsza przez cały dzień, to nie wychyliliśmy nosa na zewnątrz.

Aby jednak kontynuować wpis, wklejamy mix bonusowych zdjęć miodowych:

Młodzi w trasie:

Młodzi w górach:

I na plaży

 

Maciek- księżyc :)

I jego żonka :)

Podróże kształcą. Poznajemy nowe znaczenie słów.

Obserwujemy tutejszą modę.

Sami wyznaczamy nowe trendy - tu prawdziwe spódnicospodnie.

A tak na poważnie, to jest to najłatwiejszy sposób na szybkie przepoczwarzenie się z motocyklistki w turystkę bez zbędnych i nikomu niepotrzebnych striptizów :)

Staramy się regularnie pisać bloga

A weny szukamy w różnych miejscach :)

21:40, dorotka_i_maciek
Link Komentarze (1) »

Genewa – miasto biznesmenów, bankierów, dyplomatów.

Faktycznie jednak chyba każdy mieszkaniec, przyjezdny, czy wysłany na placówkę, czuje się tu dobrze.

Genewa jest miastem międzynarodowym. Co trzeci mieszkaniec nie jest Szwajcarem, a swą siedzibę ma tu ponad 200 organizacji międzynarodowych.

Nas Genewa zaskoczyła bardzo pozytywnie. Klimat tego miasta jest niezwykły. Jest ono przepięknie położone, bardzo czyste, zielone i kwiatowe. Dzięki sąsiedztwu Jeziora Genewskiego i przepływającej przez miasto czyściutkiej rzece Rodan, powietrze ma niesamowicie rześki zapach.

Atmosfera wkoło nastraja bardzo pozytywnie. Turyści mieszają się na ulicach z pracownikami wbitymi w garnitury, garsonki którzy z daleka błyszczą wyglancowanymi na błysk lakierkami.

Jednak ci sami eleganci, spacerują śladami turystów albo siadają gdzie popadnie -  na murkach, na trawnikach, ławkach - by skonsumować lunch, czy pogawędzić w przerwie od pracy.

Nasz spacer rozpoczynamy od przechadzki wzdłuż brzegu jeziora. Na przeciwległym brzegu imponująca fontanna Jet d’Eau, której wody tryskają w niebo z niewiarygodna siłą (200 km/h). 

 

 

 

Pomnik Rousseau - wyspa na Rodanie.

Zmierzamy do katedry św. Piotra, która góruje nad centrum miasta.

 

 

W tej częściowo romańskiej, częściowo gotyckiej katedrze, swoje kazania wygłaszał Jan Kalwin.

Zgodnie z surowymi zasadami religii Kalwina, wystrój wnętrza jest ascetyczny.

 

Kolejny przystanek to Promenade des Bastiones  - park z olbrzymim pomnikiem Reformacji, zbudowany w 1917r, liczy ponad 100 m długości.

Pełny adrenaliny oraz nieoczekiwanych i dynamicznych zwrotów akcji pojedynek szachowy w wersji maxi. Tylko dla prawdziwych twardzieli :)

Końcowa dreptanina po Genewie w poszukiwaniu pozostawionych na parkingu i na pewno bardzo już znudzonych oczekiwaniem motocykli.

Kolejny przystanek to Francuzka mieścinka Yvoire –ok. 30 km na północny zachód od Genewy.

Urokliwe miejsce, które daje zwiedzającym wrażenie powrotu do dawnych czasów.

Spokojnie i nastrojowo, z ogromną ilością kwiatów, krzewów oraz pnących gatunków roślin.

 

Niesamowita ilość detali, dekoracyjnych elementów, ciekawych rozwiązań.

Ciekawym miejscem jest Ogród Pięciu Zmysłów, stworzony według sztuki i symboliki Średniowiecza. 

Podzielony jest on na cztery części, z których każda zawiera rośliny i kwiaty odpowiadające czterem z pięciu zmysłów, ostatni – słuch – przedstawiony jest poprzez szum wody i śpiew ptaków.

Dziwne i niespotykane gatunki kwiatów i istot fruwających.

Nawet prawdziwi twardziele - motocykliści, nie przejdą obojetnie obok obłędnie pachnących i zdrowo rosnących kwiatach.

I jeszcze ten zameczek w oddali. Bajka :)

 

Napotkane po drodze przypadkowe atrakcje:

A na koniec dnia wyczekana, orzeźwiająca kąpiel w jeziorze.

19:03, dorotka_i_maciek
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5